Col de Turini

Col de Turini – jeżeli znacie rajdy WRC i najbardziej prestiżowy, rajd Monte Carlo to już chyba wiadomo co kryje się pod tą nazwą. Col de Turini to przełęcz położona we francuskiej części alp z trasą o bardzo ostrych zakrętach, praktycznie na połowie z nich nawracamy 0 180 stopni, pnąc się coraz wyżej i wyżej. Średnie nachylenie na kilometr to 7 %, najwyższy punkt to 1607 m n.p.m. Wspinaliśmy się w górę pokonując ostre zakręty jeden po drugim, na początku trasy kiedy jeszcze przy drodze było można spotkać zabudowania nie robiło to takiego wrażenia, jak górne partie tej trasy. Nie dość, że ostre zakręty to jeszcze wysokość na jakiej się znajdowały. Kiedy spojrzałem w dół i zobaczyłem trasę która została już przejechana przechodził mnie dreszcz ale kiedy spoglądałem w górę i wśród zarośli było widać murki na których pnie się dalsza część, gdzie za chwile się znajdziemy, to z moim lękiem przestrzeni, w pierwszym momencie chciałem wycofać się z dalszej jazdy. Jednak daliśmy radę pojechać dalej. Podczas jazdy bardzo często mijaliśmy się lub byliśmy wyprzedzani przez motocyklistów. Podejrzewam, że to ulubiona trasa dla nich, pomykali dość szybko, dlatego starałem się ich przepuszczać. Również bardzo dużo rowerzystów zmaga się z tą przełęczą. Zresztą gdzieś wyczytałem, że w latach 1948, 1950 i 1975 przez Col de Turini przejechał Tour de France. Od czasu do czasu na poboczy można się zatrzymać aby podziwiać widoki.

Na samym szczycie zrobiliśmy chwilowy postój i teraz trasa wiła się w dół  w stronę miasteczka Sospel. Kolejne postoje, kilka zdjęć wijącej się drogi a w połowie drogi zjazdowej malowniczo położony mały kościółek – Notre Dame de la Menour. Oczywiście zatrzymaliśmy się na chwilkę, parking zostawiał wiele do życzenia, w zasadzie mała zatoczka na dwa samochody. Aby dostać się do kościółka trzeba przejść po kamiennym moście. Droga może nie jest ruchliwa ale co jakiś czas można natrafić na przemykające pojazdy, i trzeba naprawdę uważać przechodząc na drugą stronę. Sam kościółek wygląda na zamknięty, nie zwiedziliśmy go wewnątrz, jednak z mostu można podziwiać piękne widoki na dalszą część trasy, góry i zielone zbocza.

Dotarliśmy do Sospel. Chcieliśmy coś zjeść a tu niespodzianka, pani w restauracji usytuowanej na świeżym powietrzu powiedziała, że musimy poczekać jeszcze dwie godziny, bo dopiero  wtedy będą posiłki, na obecną chwilę tylko coś do picia. Na szczęście niedaleko była mała piekarnia i pyszne francuskie wypieki. Pani podała nam zamówiony pieczywko, wskazała maszynę do której wrzuca się pieniądze. Maszyna podaje jaką sumę, jak i wydaje resztę a ekspedientka nie dotyka pieniędzy (to taka ciekawostka). Mała wycieczka po miasteczku, które miało niesamowity klimat, jakby czas zatrzymał się tam kilkadziesiąt lat  temu.  Mury domów wydają się poniszczone, jednak bardzo urokliwe w jaskrawych kolorach, pomiędzy nimi rosnące drzewka figowe, stare okiennice, wąskie przesmyki pomiędzy budynkami, z drugiej strony mały park i most z wieżą powstałą w XII wieku na rzece Bevera. Czas nagli, kilka zdjęć i w drogę, do Włoch, czas szukać kolejnego noclegu.

Tankujcie paliwo do pełna wjeżdżając na przełęcz, nie widziałem nigdzie stacji benzynowej.




Mapka Google

Polub nas i udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top